Dziś o tym, że najlepsze pomysły rodzą się czasem z... nieudanych zakupów. Przed świętami, w ferworze dekorowania domu, zamówiłam online dwie poszewki na poduszki. Miały być idealnym dopełnieniem salonu, ale gdy tylko otworzyłam paczkę, poczułam zawód. Brakowało im „tego czegoś”.
Zamiast jednak szukać dalej w sklepach, podjęłam odważną decyzję, że wyhaftuję je sama!
Było to spore wyzwanie i choć wzór był bardzo prosty, to igłę w ręku trzymałam ostatnio w szkole podstawowej. Nie byłam pewna, czy moja ręka jeszcze „pamięta” te ruchy, ale wizja była zbyt kusząca: naturalny materiał, świerkowy wianek i elegancka, burgundowa kokarda. Zależało mi na subtelności, bez zbędnego przepychu.
Szybko skompletowałam niezbędnik: naturalną surówkę, muliny, tamborek i mój absolutny hit – rozpuszczalną flizelinę, która niesamowicie ułatwiła naniesienie wzoru.
Samo haftowanie okazało się prawdziwym odkryciem – przyniosło mi spokój i upragniony relaks. Wystarczyły dwa wieczory, by powstało coś, z czego jestem ogromnie dumna. Nie tylko ze względu na efekt, ale przede wszystkim dlatego, że te poduszki są w pełni „moje”.
Ta historia przypomniała mi, że warto wracać do zapomnianych pasji. Czasem wystarczy jeden impuls, by na nowo odkryć radość tworzenia.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz